*
Stary, drewniany zegar z kukułką wiszący na ścianie przy drzwiach zaczął właśnie wybijać szesnastą, gdy powiew jesiennego wiatru otworzył szerzej okno w małym fioletowym pokoiku na poddaszu. Zapach waniliowego kadzidełka zaczął otulać białe meble, wysoki i juz od dawna nie używany kaflowy piec, regał na książki stojący przy ścianie, ogromne łóżko z baldachimem w kwiaty i małą lampkę nocną stojącą w rogu pokoju na równie białym jak inne meble stoliczku. Za oknem padał ciężki i ulewny deszcz, mało zza niego było widać. dzień od rana był dżdżysty. Asza siedziała samotnie przy biurku starając się chociaż pozorować naukę... ale tak na prawdę myślami była gdzie indziej. Jej myśli kierowały się ku wczorajszemu dniu, kiedy to dość późną porą wracała z dodatkowych zajęć do domu. Wyszła ze szkoły wraz ze swoja najlepszą koleżanką Marine. Wiedziała, ze nikt jej nie odbierze, ponieważ jej rodzice przygotowywali się do wspólnej wystawy fotograficznej, z resztą i tak nie chciała im zawracać głowy... byli tak zafascynowani, tym, ze mogą całemu światu pokazać, to, co udało im sie udokumentować podczas ostatniej wyprawy na jak to nazywali 'niestały ląd'. Marika i Sted - bo tak nazywali sie rodzice Aszy - byli bardzo cenionymi fotoreporterami. Wszędzie, gdzie dochodziło do jakiejś sensacji z natury politycznej, można się było spodziewać ich obecności oraz tego, że będą ze wszystkich sił starali się dociec prawdy, przez co nierzadko nabywali sobie kłopotów i wrogów... Asza przyzwyczaiła się już do tego, że stawiali ją na drugim miejscu, zaraz po ich jakże fascynującej pracy. Przestała się nawet starać o to, by zwrócić ich uwagę na siebie. Nawet gdy złamała rękę podczas wycieczki szkolnej, pozostawili ją pod opieką starej ciotki, przewrażliwionej na własnym punkcie, a sami ruszyli w pogoń za kolejna sensacją... Tak, Asza od samego początku musiała liczyć praktycznie na samą siebie.
- Już myślałam, że zasnę na tych zajęciach - powiedziała właściwie bez większego entuzjazmu Marine - dlaczego w ogóle dałam ci się na nie namówić, przypomnij mi proszę…
- Wcale cię na nie namawiałam. Sama chciałaś się zapisać, gdy usłyszałaś, że ten z IV c ... jak mu tam było?... Deric! Że on się na nie zapisywał.
- Może i masz rację? Dlaczego wtedy nie złapałaś mnie za kark i nie rzuciłaś o ścianę?
- Hmmm ... Pomyślmy... Może dlatego, że to i tak by nic nie dało? A co? Już ci przeszło? Ostatnim razem jak o nim rozmawialiśmy, to doszukiwałaś się w nim jakiegoś anielskiego tworu, ucieleśnienia męskiej doskonałości.
- Weź w ogóle przestań. Starałam się ostatnio do niego zagadać... chyba przez 15 minut robił mi wykład jaki to on jest biedny i strasznie pokrzywdzony przez los, że musi uczęszczać na te wg niego nie potrzebne w normalnemu człowiekowi zajęcia, że to, że na nie w ogóle chodzi jest jakąś zmową naszego jakże zacnego grona pedagogicznego.
- Tak też myślałam, że z własnej woli to on się na te zajęcia nie zapisywał...
- Widzę, że nasza droga kożelanka znów nie jest w temacie...
- Co masz rzez to na myśli? - odparła lekko zbita z tropu Asza.
- Oczywiście nie wiesz, co ten cały Deric nawyprawiał na początku roku...
- Oj, Marine... Mów o co chodzi.
- Czyli znowu nic nie wiesz... Podejrzewam, że jakby w dom twoich sąsiadów walnął meteoryt, też byś pewnie nie zauważyła.
Asza spojrzała na swoją koleżankę wymijająco, nie próbowała nawet komentować jej słów. Wiedziała, że w gruncie rzeczy Marine mogła mieć rację. Ostatnio bardzo często pogrążała się w zamyśleniu nie bacząc na otaczający ją świat.
- ...Asza! Zejdź na ziemię.
- Przecież cię słucham. Nie musisz krzyczeć. Lepiej dokończ, co z tym Dericem.
Marine westchnęła ciężko, ale postanowiła jednak opowiedzieć o wszystkim. Z resztą i tak by długo nie wytrzymała w milczeniu, wiedząc, że na świecie jest jeszcze ktoś, z kim mogłaby się podzielić jakimiś plotkami... w końcu jej ksywa – Papla - nie wzięła się z powietrza...
- Jak słyszałam, od Weroniki to właśnie on na przywitanie nowego roku szkolnego spuścił na dach nowego samochodu dyrektora cegłówkę, tak dla zobaczenia jego reakcji. Dyro się podobno strasznie wkurzył...
- No nie dziwię mu się...- wtrąciła Asza.
- Już praktycznie mieli go wyrzucić z tej szkoły, ale podobno jego ojciec załagodził całą sytuację i zapłacił za szkody... W każdym bądź razie Deric musi teraz pokazać, że bardzo mu zależy na tej szkole m.in. angażując się w dodatkowe zajęcia...
- Nie mógł się zapisać na jakieś sportowe? Przynajmniej rozładował by jakoś swoją energię...
- A no nie mógł. Podobno na w-fie tak rozładowywał swoją energię, że złamał nos jakiemuś kolesiowi z pierwszej klasy i zabronili mu uczęszczać na jakiekolwiek zajęcia sportowe...
- Nie rozumiem po co jeszcze go trzymają w tej szkole...
- Wiesz, jak się ma tak dobrze ustawionych rodziców, to wszystko ci wolno... Dobra, ja lecę na autobus, bo mi ucieknie... Do poniedziałku Asza i nie zapomnij o tym wypracowaniu na biologię, bo to ostateczny termin...
Asza kiwnęła jej tylko ręką i poszła dalej w milczeniu, nie zauważając nawet, że kierowca autobusu nieświadomie przytrzasnął drzwiami kawałek spódnicy biednej Marine...
Powoli zaczęło się robić ciemno, gdy Asza szła aleją Beethovena mijając samotne drzewa pozbawione liści. Codziennie pokonywała tą trasę wracając ze szkoły, więc urok parku nie robił już na niej większego wrażenia. Właściwie to ostatnio nic nie robiło na niej wrażenia... Codzienne sprawy jakoś ją zniechęcały. Odkąd skończyła gimnazjum i zaczęła się uczyć w nowej szkole powoli zamykała się w sobie. Zaczęła odstawać od reszty rówieśników. Wszyscy znaleźli już sobie nowych znajomych, zaczęli 'się wcielać do różnych grup, jedni do kujonów , inni do imprezowiczów, jeszcze inni do zwolenników praw zwierząt, którzy co jakiś czas odprawiali swój rytuał napadania na przypadkowe kobiety noszące futra i oblewani ich olejną farbą... Tylko jedna Asza pozostawała w tym temacie gdzieś w tyle... Pewnie, gdyby nie jej jeszcze przedszkolna znajomość z Marine nie miałaby do kogo 'gęby otworzyć. W poprzedniej szkole miała sporo koleżanek i raczej wszyscy ją znali i lubili, ale to tylko ze względu na to, że miała sławnych rodziców... teraz postanowiła, że nie będzie nikomu o nich wspominać, że sama zasłuży sobie na to by ją inni polubili... Przeliczyła się, o czym też bardzo szybko zdała sobie sprawę. Wcześniej wszyscy patrzyli na nią przez pryzmat dokonań jej rodziców, co ją męczyło, teraz właściwie to juz rzadko kto na nią spogląda... Na początku roku usilnie starała się wkupic do jakiejś grupy, zainteresować kogokolwiek swoją osobą. Bezskutecznie. Okazało się bowiem, że nie ma ona o czym opowiedzieć rówieśnikom. Wcześniej mogła godzinami znajomym opowiadać o tym, jakie przygody napotykały jej rodziców podczas przeprowadzania przez nich reportaży na różnych zakątkach świata... i właściwie tylko o tym. Bo nikogo nie obchodziło to, że ma 16 lat, nie lubi pomidorowej i ma alergię praktycznie na wszystko co się rusza i ma sierść... A to właściwie wyczerpuje tematy dotyczące jej samej... No cóż. Nie trudno się domyślić, że poddała się w zjednywaniu ku sobie ludzi. - Teraz przynajmniej wiem, jak na prawdę myślą o mnie inni- powtarzała sobie codziennie. Nie ukrywając zaczęła też pogrążać się w użalaniu nad własną osobą, i co gorsza było jej z tym dobrze...
Gdy Asza powoli dochodziła już do placu zabaw, na którym w dzieciństwie przebywała całymi godzinami zrobiło się juz całkiem ciemno. Pomimo tego postanowiła przysiąść jeszcze na chwilę na huśtawce, tej samej, na której pokonywała kiedyś swoje rekordy wysokości. Nie chciała jeszcze wracać do domu, wiedziała, że w domu będzie zmuszona do tego, by pomóc rodzicom w wyborze zdjęć i cytatów na wystawę - Z reszta i tak nie wybiorą tych, które mi się podobają - pomyślała - przecież nie raz już tak było. Ogarniający jej ciało chłód jakoś jej nie zniechęcał i też nie zmuszał do powrotu do domu. Odkąd pamiętała zawsze wolała deszczowe jesienie i mroźne zimy niż słoneczne, ciepłe lato. Czego jej rodzice zupełnie nie mogli pojąc... Zaczęła obserwować otaczający ją plac. - Z pespektywy czasu - pomyślała - wygląda na całkiem malutki. Właściwie to chciałabym sie cofnąć do momentu, gdy zdawał mi się on być najdalszym zakątkiem świata. Gdy jeszcze z wielu spraw nie zdawałam sobie sprawy, a przyjaźnie zawiązywałam tak szybko i nikogo nie obchodziło to kim jestem, tylko, czy jesteś w stanie pożyczyć grabki i wiaderko na dłużej niż 2 minuty, a największym wyzwaniem było wspiąć się na drzewo. No, ale te czasy już dawno minęły i juz nigdy nie powrócą. Muszę się wziąć w garść i przestać się użalać nad sobą... może namówię Marine, aby poszła ze mną jutro gdzieś do klubu potańczyć. Z resztą jej nie trzeba będzie w ogóle namawiać. Pożyczę sobie od mamy tą fajną czarna sukienkę, którą miała ostatnio założoną na przyjęciu urodzinowym cioci Doris. Wyglądała w niej zniewalająco. Nic dziwnego, że się dziwią, ze ma prawie dorosłą córkę.
Z zamyślenia wyrwał ją mocniejszy podmuch wiatru. Postanowiła wracać, gdy nagle usłyszała hałas… automatycznie wstrzymała oddech i skupiła się na tym skąd mogą dobiegać te dźwięki. Brzmiało jakby ktoś wywrócił kosz na śmieci…
- Pewnie bezdomne koty szukają jakiegoś jedzenia - pomyślała. Wstała z huśtawki i powolnym krokiem ruszyła w stronę domu, wyobrażając sobie w myślach jak będzie wyglądać w sukience mamy. Przechodząc przez ulicę, rzuciła okiem na zaułek, gdzie ustawione były kontenery na śmieci - ani śladu kotów... pewnie same się wystraszyły - powiedziała sama do siebie i przyspieszyła trochę kroku. Szła wzdłuż ulicy Konopnickiej, która powoli zaczęła juz pustoszeć. Pomyślała - jeszcze z 10 minut i będę w domu. Mieszkała ona wraz z rodzicami w dużym domu na obrzeżach miasta zaraz obok wysokiego iglastego lasu, do którego często się wybierała, gdy potrzebowała chwili wytchnienia i odpoczynku od codziennego życia. Czuła, że nie jest stworzona do życia w mieście, wśród ludzi, którzy bez chwili wytchnienia pędzą nie wiedząc nawet za czym. Jej małym marzeniem było, że jak już w końcu będzie stara i brzydka to swoje życiowe oszczędności wyda na zbudowanie jakiegoś małego drewnianego domku, gdzieś w głębi lasu, gdzie spokojnie będzie mogła dożyc swojej własnej śmierci, może nawet nie w samotności...
Będąc coraz bliżej domu Aszę ogarniało dziwne uczucie. Zaczęła odczuwać pewnego rodzaju niepokój, sama nie wiedząc dlaczego - może to ta atmosfera pustoszącego się miasta o zmroku tak na mnie wpływa? - odwróciła się na chwilę by zobaczyć, komu jeszcze oprócz niej przyszło do głowy by spacerować samotnie o tej porze. Nikogo nie zauważyła, co ją zdziwiło trochę - wydawało mi się, że jeszcze jakiś czas temu słyszałam jak chodzą z tyłu ludzie... nie ważne. Za bardzo sie nakręcam - mówiła sama do siebie - zbyt wiele filmów się naoglądałam... - nie zdążyła dokończyć zdania, gdy coś nagle jakby uderzyło z całej siły w ciężarówkę zaparkowaną po drugiej stronie ulicy przy garażach. Asza aż pisnęła z przerażenia… jej nogi zadrżały, że ledwo się na nich utrzymała-czuła się jakby krew z nich odpłynęła. W samochodzie zaparkowanym obok ciężarówki włączył się alarm. Wlepiła wzrok w ciężarówkę, w pierwszej chwili pomyślała, że uderzył w nią jakiś samochód, ale oprócz tego z wyjącym alarmem, stojącego z pięć metrów dalej nie dostrzegała żadnego... Śladów stłuczki też żadnych nie dostrzegła. Postanowiła, więc resztę drogi pokonać biegiem, swój dom miała w zasadzie w zasięgu wzroku. - Co to było? - zastanawiała się biegnąc. Przed bramą wjazdową na jej podwórko postanowiła jeszcze raz spojrzeć w stronę garaży. Alarm w samochodzie dalej wył na całe osiedle, oprócz tego nie dostrzegała już niczego dziwnego.- Od jutra będę wracać do domu autobusem - powiedziała sama do siebie oddychając ciężko, i wspięła się po schodach do drzwi wejściowych, już miała nacisnąć na klamkę, gdy nagle jakiś ogromny cień prawie, że bezszelestnie przeleciał nad dachem w stronę lasu... Asza wbiegła do domu z krzykiem.
- Co się stało, dziecko?! - krzyknął ojciec Aszy prawie wypuszczając z rąk jedną z antyram, w które wkładał zdjęcia przeznaczone na wystawę
- Co się stało? - powtórzyła matka wybiegając z kuchni. Asza nie mogła wydobyć z siebie głosu. Cała dygotała z przerażenia.
- Co ci jest? Ktoś cię gonił? No, powiedz wreszcie... Marika! Ona się cała trzęsie... - Trochę czasu minęło zanim udało im się ją uspokoić i wydobyć z niej, czego się tak bardzo wystraszyła.
- Może i tata miał rację, mówiąc, ze to musiał być jakiś samolot, a może po prostu mi się coś przewidziało? Sama już nie wiem. Chyba za bardzo się przestraszyłam tym hukiem zza tej przeklętej ciężarówki. Kto wie co w niej było... może jakiś mebel sie przewrócił... z resztą, to już nie ważne... Ale miło było zobaczyć zmartwionych rodziców. Czyli nadal są świadomi tego, że mają córkę. Może częściej powinnam im dostarczać takiego małego oderwania od rzeczywistości?... Dochodzi w pół do 17-stej. Marine już powinna być u mnie... Ta to dopiero ma ogon... Jeszcze trochę i zupełnie odechce mi się iść na tą imprezę.
- Hey moja kożelanko! - krzyknęła wbiegająca do pokoju Marine, jak zwykle przepełniona ekscytacją, gdy na horyzoncie kroił się jakiś balet.
- No jesteś wreszcie. Już zaczęłam się o ciebie martwic - powiedziała Asza do koleżanki dodając nutkę ironii w głosie.
- Jasne, jasne... Dlaczego jeszcze nie jesteś przebrana? I o co chodziło z tą twoją wczorajszą przygodą, bo przez telefon to za dużo nie zrozumiałam?
- Poczekaj. Ja idę się przebrać, a jak wrócę to ci wszystko opowiem jeszcze raz.
*